O co chodzi? Jestem na boniach z małą krukonką, już mam się z nią
droczyć o jej różdżkę znalezioną na korytarzu, a tu nagle BUM! I
pojawiają się dementorzy!
-Oddaj różdżkę! Szybko! Musimy spróbować wyczarować patronusy!- krzyczy
dziewczyna, a ja nic nie mówiąc podaje jej żądany przedmiot. Jeszcze
nigdy nie udało mi się zrobić patronusa... ja... Ogarnia mnie rozpacz,
tracę świadomość, a dementorzy są coraz bliżej. Jest ich około 3-4.
Nieważne... Po co ja żyję? Niech wyssają mi duszę, nie chcę więcej
koszmarów o bracie. Nie! Nie mogę się poddać. Widzę jak krukonka próbuje wyczarować niewyraźne, małe.. coś. Chwila, jakie to było zaklęcie? Wiem!
-Experto patronum!- wrzeszczę, ale nic się nie dzieje. Już mam ochotę
się rozpłakać, ale moja podświadomość każ mi spróbować jeszcze raz., tym
razem przy użyciu.. dobrych wspomnień. Ale skąd ja... Patrzę na
pierwszoraoczniaka- nadal próbuje, ale rozpłakała się, coraz słabsze
światło wydostaje się z jej różdżki. Przypomniało mi się coś
szczęśliwego. W tamtym roku bardzo przeżyłam śmierć dziadka, jedynego
członka rodziny który mnie rozumiał, i wtedy pojawiła się Elena z
pocieszeniem. To ona jest moim szczęśliwym wspomnieniem!
-Experto patronum!- z końca mojej różdżki popędził ku dementorom
srebrno- niebieski lis i przegonił ich na cztery strony świata. Jednak
jeden nie wiadomo jak, nadal zbliżał się do krukonki, która stała teraz
oszołomiona, nadal próbując wypowiedzieć zaklęcie.
(Sara?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz