Jesienna trawa szarzy się na błoniach. Zaczyna robić się zimno, ale nie mam wyjścia – muszę odnaleźć różdżkę. Na szczęście przed południem mieliśmy tylko podwójne zielarstwo i znienawidzone eliksiry, więc obyło się bez magii. Ale teraz, po przerwie obiadowej, nieuchronnie nadejdzie transmutacja. Bez różdżki ani rusz. Idąc, dostrzegam rudowłosą dziewczynę. Na mój widok chowa się za drzewem. To Ślizgonka. No cóż, może znalazła jakąś różdżkę. Uśmiecham się niepewnie i ruszam ku niej.
- Hm, cześć – zwracam się do niej. - Nie znalazłaś może gdzieś w pobliżu różdżki? Jedenastocalowej. Z cisu.
Patrzy na mnie z rozbawieniem.
- Może być taka?
Mrugam ze zdziwieniem, gdy wyciąga moją różdżkę.
- To ona! Dzięki. Gdzie ją...
Lecz nim zdążyłam dokończyć zdanie, ogarnął nas dziwny chłód.
- Co do... - zaczyna Ślizgonka.
Ale teraz już obie widzimy co się dzieje. Dementorzy. Niebo ciemnieje, zrywa się wiatr.
- Co się dzieje?
(Rose?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz