Obudził mnie przeszywający ból głowy. Jęknęłam i otworzyłam
oczy. Nad sobą zobaczyłam twarze pielęgniarki i przyjaciół.
- Co się stało? – jęknęłam – Co się dzieje? Czemu ja…?
- Ćśśś…– Gabrielle uśmiechnęła się uspokajająco – Nie denerwuj
się. Musisz odpocząć
- Zemdlałaś po tym jak powiedziałaś nam, co cię zaatakowało –
dopowiedział Youshui - Ale skąd wiedziałaś?
- Kiedyś czytałam o wodnikach – przyznałam – Ale ten, który
mnie zaatakował był większy i silniejszy
- Możliwe – przyznał – Nieźle Cię poranił
- Tsa… czuje – westchnęłam
- I czuć będziesz – prychnęła pani Pomfray – Masz zwichnięty
nadgarstek i wiele skaleczeń, a oprócz tego miałaś w sobie mnóstwo jadu Kappy.
Podałam ci antidotum, ale jeszcze jakiś czas nie będziesz się czuć najlepiej
- Dam sobie radę – zapewniłam, a po chwili namysłu zapytałam
– Skoro już mnie pani opatrzyła to czy mogę już iść?
- Nie ma mowy! – zaprotestowała pielęgniarka – Nie puszczę
cię stąd w takim stanie!
- Oj, nic mi nie będzie – zapewniłam – To tylko ból głowy i
małe zwichnięcie! – przekonywałam - Nie jestem znowu taka delikatna!
Pani Pomfray nadal miała zaciętą minę, a Gabi chyba się z
nią zgadzała. Miałam nadzieję, że pomoże mi się stąd wydostać. Nie miałam
zamiaru siedzieć w SS przez następne tygodnie, więc posłałam chłopakowi
błagalne spojrzenie mówiące „Pomóż mi je przekonać!”
(Youshui?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz