To mój pierwszy tydzień w szkole, zajęcia
są dość trudne ale bardzo ciekawe. Dzisiaj zaczął się weekend, więc
znalazłam trochę czasu żeby wreszcie dokładnie zwiedzić szkołę.
Jest sobota 9.00, szykuje się piękny dzień. Zeszłam na dół do wielkiej
sali gdzie czekało pysznie pachnące śniadanie. Usiadłam przy stole
Ślizgonów razem z innymi pierwszorocznymi, nałożyłam na talerz 2
chrupiące i przypieczone tosty i posmarowałam jeden masłem, które od
razu się roztopiło na gorącym jeszcze toście, a drugi polałam miodem,
który obficie zaczął spływać z kawałka chrupiącego chleba, do szklanki
wlałam sok pomarańczowy. Zaczęłam jeść śniadanie, po zjedzeniu
stwierdziłam, że jestem cała w modzie i maśle więc poszłam do
dormitorium się przebrać. Gdy skończyłam zaczęłam biec do sali
wejściowej, aż tu nagle przede mną wyrósł jeden z Puchonów podajże
niejaki James. Nie zdążyłam wyhamować i wbiegłam prost na niego.
Pozbierałam się jak najszybciej umiałam i pobiegłam dalej.
-Przepraszam. -rzuciłam szybko przez ramie. Nie wiem czy była jakaś
odpowiedz lub czy mnie w ogóle usłyszał. Zresztą nie zastanawiałam się
nad tym, bo już pchałam wielkie drewniane drzwi i biegłam dalej przed
zamek i gnałam prosto na błonia. Postanowiłam usiąść przy jeziorze.
Usiadłam praktycznie przy samym brzegu jeziora i wtedy poczułam, że nie
mam swojego telefonu, a przecież rano go na pewno
miałam. Wróciłam się do dormitorium tą samą drogą, którą biegłam ale nigdzie go nie było.
<Czy widział ktoś mój telefon będę wdzięczna za zwrot?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz